Uncategorized

O minimaliźmie.

Dzisiejszy wpis jest efektem dłuższych przemyśleń, owocem refleksji z kilku ładnych miesięcy. I wbrew pozorom, sam wpis wcale nie będzie minimalny w swojej treści, mam wrażenie że wręcz przeciwnie.

Z premedytacją nie szukałam słownikowej definicji minimalizmu, ze względu na to, że to o czym chcę napisać inspirowane jest samym życiem i codziennością właśnie (jak większość rzeczy na blogu :)) i co najważniejsze: przynosi ulgę, poczucie tego, że panuję nad niektórymi rzeczami, zwłaszcza wtedy kiedy dookoła już totalny chaos. 😁🙊🙈

I tak oto, jest kilka sfer, w których solennie i z ręką na sercu obiecałam sobie, że „trzeba je ukrócić”.

  1. Garderoba.

Zarówno moja jak i dzieci. W temacie swojej szafy polecam, po raz kolejny, książkę Joanny Glogazy: „Slow fashion”, w której autorka zapewnia, że kluczem do dobrego wyglądu nie jest dokupowanie kolejnych ciuchów co sezon, ale skomponowanie własnego stylu, a w związku z tym swojej szafy w taki sposób, żeby czuć się dobrze w KAŻDYM swoim ciuchu i w każdej jednej rzeczy. Efekt końcowy miałby być więc taki, że otwieram szafę, i zamiast już prawie sakramentalnego „nie mam się w co ubrać”, chwycić za to co mam, i bez większego zastanawiania się wyglądać i czuć się świetnie. Żeby to się zadziało, konieczne jest WIEDZIEĆ co ma się w szafie, czyli prawdopodobnie dość mocno ograniczyć ilość ubrań na wieszakach. Bo, w gruncie rzeczy na codzień i tak chodzimy w niewielkiej ilości rzeczy i dodatkowo w większości….w tych samych (!). Sprawdziłam, i to rzeczywiście tak działa. Jeśli chodzi o garderobę dzieci to po prostu dobrze jest zrobić rekonesans, i faktycznie zastanowić się, czego potrzebują. U nas największym „wrogiem” w tej działce było wieczne dostawanie ciuchów – prezentów, co oczywiście jest bardzo miłe, ale wymaga nieustannego przekopywania ubrań, wynajdywania miejsc, gdzie można odłożyć rzeczy „na później”, bo latem nie będziemy nosić polarków, albo po prostu nie potrzebujemy dziesiątej (nie przesadzam z ilością!) pary spodni. Okazuje się, że dzieci też mają swój styl i chodzą tylko w kilku, ulubionych rzeczach. Zdecydowana reszta leżała w szafie nie noszona. Identycznie jak z garderobą „dużych” w naszym domu 🙂

2. Zabawki

Patrz punkt wyżej. Im więcej, tym większa nuda. I chaos. Chcę tu powiedzieć trzy rzeczy: pierwsza: minimalizm w tej dziedzinie nie oznacza, że nasze dzieci mają jedną zabawkę i nic więcej. Mają ich kilka a nawet dość sporo, ale staramy się bawić razem z nimi (oczywiście na ile jest to dla nas możliwe, staramy się jednak znaleźć ten czas). Dzięki temu, czas spędzony na zabawie smakuje zupełnie inaczej, i nam i dzieciakom. Efekt jest taki, (rzecz druga) że maluchy później same sięgają po zabawki i – dobrze jest, gdy wiedzą jakie zabawki mają. Czyli znowu, nie może być ich za dużo. Mam wrażenie, że to daje im poczucie bezpieczeństwa i porządku wokół. Mam też nadzieję, że zaprocentuje na przyszłość. Po trzecie: wypożyczalnia zabawek. Można znaleźć ją np. tu: https://wypozyczalniamakatki.pl/ , działa na terenie Krakowa, ale pomysł świetny.

3. Przestrzeń samorozwoju / osobista / wiary.

Można robić mnóstwo szkoleń. Można interesować się mnóstwem rzeczy. I bardzo dobrze. Ale jeśli chcemy być skuteczni i dobrze działać, nie polecam robienia wszystkiego na raz. Znacznie lepiej jest poznać, co się lubi i do czego ma się predyspozycje. A potem wybrać i działać. To samo dotyczy też naszej relacji z Niebem. Warto zacząć od prawdziwego i żywego kontaktu z Bogiem, a to dzieje się najczęściej w ciszy, indywidualnie. Tylko tyle i aż tyle: dość często używam tego sformułowania na blogu, a w tym kontekście nabiera ono nowego znaczenia. Bardzo ważnego. I chyba też dowodzi, że nad wszystkimi naszymi drogami czuwa właśnie On, nasz Pan Bóg.

Enjoy!

Zwykła mama, żona niezwykłego męża, wdzięczna Temu na Górze za to co mam. A mam milion pomysłów na minutę i ogromny apetyt na więcej. Welcome to my place 😎

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *